Napisałam testament, aby uratować życie


Ta historia zaczyna się w Łagowie

Dawnym niemieckim kurorcie, dziś zwanym Perłą Ziemi Lubuskiej. Tam właśnie spędziłam dzieciństwo pod opieką rodziców i babci. W sercu porośniętego bukowymi lasami Łagowskiego Parku Krajobrazowego, na przesmyku między dwoma jeziorami, w cieniu wieży Zamku Joannitów. W miejscu, gdzie od 1969 roku organizowany jest najstarszy polski festiwal filmowy – „Lubuskie Lato Filmowe”. W miejscu, którego urok od lat przyciągał wielu artystów, również tych znanych, jak Czesław Niemen czy Jerzy Duda-Gracz. W miejscu, gdzie co roku muzyka miesza się z rykiem silników podczas zlotu „Rock Blues i Motocykle” i „Maluchowej Majówki”.

„Najważniejszy człowiek” w moim życiu

Zdecydowanie: babcia! Z Wielkopolski gdzie przyszła na świat i wychowała się, przeniosła się do Wrocławia, aby tam studiować elektronikę, a po uzyskaniu dyplomu, jako młoda inżynierka otrzymała posadę przy obsłudze nadajnika telewizyjnego w Łagowie. Zamieszkała z mężem w wybudowanym specjalnie dla pracowników nadajnika bloku, który do dziś kontrastuje architektonicznie z dostojnymi, łagowskimi, poniemieckimi willami.

Babcia odeszła na zawsze w ubiegłym roku, ale jej nauki tkwią we mnie mocno. Żeby wciąż poznawać, żeby być ciekawym świata, żeby kierować się intuicją i sercem, a także aby nie bać się wyzwań i je z odwagą podejmować. To babcia wieszając w pokoju firanki tłumaczyła mi czym jest przypominająca dzwon krzywa Gaussa. To babcia nauczyła mnie rysować i prowadzić samochód. To babcię uczciłam wspomnieniem spisanym na konkurs prasowy „Najważniejszy człowiek”.

„Dlaczego o życiu decydujemy za młodu…”

„… wtedy, kiedy jesteśmy kretynami”? Pamiętacie ten cytat z filmu pt. „Dzień Świra”? Przypominam sobie o nim z ironią za każdym razem, gdy tłumaczę dlaczego postanowiłam studiować architekturę i urbanistykę. Otóż… Po pierwsze: jako nastolatka zaczytywałam się kryminałami Joanny Chmielewskiej, których fabuła była osadzona wśród pracowników biura projektowego. Wydawało mi się więc, że praca architekta w takim biurze jest super fajna i ekscytująca. A po drugie: byłam świetna z języka polskiego, wygrałam nawet olimpiadę z tego z przedmiotu, więc dla przekory na miejsce studiów wybrałam… Politechnikę Wrocławską.

Przekora okazała się jednak słabym doradcą

Chociaż czas studiów obfitował w fantastyczne doświadczenia, to wiele przedmiotów zwyczajnie mnie nie interesowało. Moje ulubione zajęcia? Wykłady z pogranicza projektowania, filozofii i psychologii, czyli fakultet, który nawet nie był obowiązkowy, przez samego wykładowcę nazywany „urbanologią”. To mnie zajmowało o wiele bardziej, niż obliczenia nośności stropów, rodzaje fasad i kolorystyka płytek wykończeniowych.

Gdy skończyłam studia w 2010 r. byłam już świadoma, że zawód architekta to „nie moja bajka” i choć cieszy się społecznym uznaniem, sam w sobie często bywa niewdzięczny. A już na pewno architekci nie miewają przygód rodem z powieści Chmielewskiej.

Zapaść ekonomiczna z 2008 r. sprawiła, że nawet 2 lata później o posadę umocowaną na umowie o pracę, z godnym wynagrodzeniem i w stabilnej firmie było naprawdę trudno. Miałam jednak szczęście. Znalazłam pracę w korporacji inwestującej w nieruchomości. Przeszłam więc trochę na „drugą stronę”, bo zamiast budynki projektować zajmuję się koordynacją współpracy z pracowniami architektonicznymi, które to robią dla mojej firmy. Zamieniłam też Wrocław na Warszawę. A do stolicy przygnała mnie miłość i podpowiedź serca, że za tą miłością warto pójść.

Męża poznałam dzięki Pink Floyd

Byłam jeszcze studentką, gdy w Stoczni Gdańskiej zagrał swój koncert David Gilmour, gitarzysta, piosenkarz i tekściarz, członek tej legendarnej grupy rockowej. I tak się nieszczęśliwie – szczęśliwie ustawiłam na tej imprezie, że całą scenę przysłaniały mi plecy pewnego dryblasa. Abym miała lepszy widok, zaproponował mi, że… weźmie mnie na barana. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że po latach ta różnica wzrostu postawi nas przed nie lada wyzwaniem zaprojektowania blatu kuchennego o wysokości wygodnej dla nas obojga.

Po koncercie wymieniliśmy się mailami a potem pisaliśmy do siebie, odkrywaliśmy wspólne pasje: muzykę i przyrodę, zgodnie wybieraliśmy miejsca wypraw. W podróż poślubną pojechaliśmy eksplorować dzikie Bieszczady. I tak wędrujemy ze sobą już 10 lat. Nie jesteśmy parą, która spędza ze sobą każdą wolną chwilę. Mamy własne zbiory życiowe, które częściowo się przecinają. Ta wspólna część jest na tyle duża, że świetnie się rozumiemy, a te odrębne pomagają nam się sobą nie znudzić. Tak, jesteśmy wyjątkowo dobrym małżeństwem.

Bycie jedynakiem jest smutne

Wiem to dobrze. Gdy więc myślałam o dzieciach to przynajmniej o dwójce. Jeszcze ich nie ma. Nie wiem, czy kiedykolwiek będą. Nawet ten smutny jedynak. Mam 37 lat, a za sobą wiele prób naturalnych i jedną zapłodnienia in vitro. Trudną, stresującą, pochłaniającą czas, energię, pieniądze, myśli moje i męża. Obciążającą fizycznie dla mnie. Na koniec: trzy transfery komórek jajowych nieudane.

Jeśli chodzi o dziecko, wewnętrzny głos podszeptuje mi, że jeśli coś się nie dzieje, to widocznie jest jakaś przyczyna i może nie warto siłą jej zwalczać. Uważam, że inny jest pakiet życiowych radości i smutków gdy dziecko jest, a inny gdy go nie ma. Oboma pakietami trzeba zarządzać najlepiej jak się potrafi. Jeśli mnie przypadnie ten drugi – pogodzę się z tym.

Poszukiwania zastępstwa dla architektury

Rozpoczęłam już po studiach. Kierunki eksploracji obrałam różne. Na przykład rockowy. „Odkurzyłam” nabyte podczas nauki w liceum muzycznym umiejętności grania na instrumentach perkusyjnych, pojechałam na „Lucciola Ladies Rock Camp, czyli organizowany przez Ewę Langer obóz rockowy dla dziewczyn i kobiet w każdym wieku („bo stare baby też chcą grać rocka”), a potem z kilkoma z nich założyłam kapelę, w której grałam na cajonie – drewnianym instrumencie pochodzącym z Peru. Był też kierunek literacki. Mąż wysłał mnie na kurs kreatywnego pisania, bo wciąż mówiłam, że chcę pisać, ale tego nie robiłam. Uczyłam się także jak budować własny biznes, choć nigdy go jeszcze nie zbudowałam. Miałam też pomysł, aby stworzyć jakiś większy przychód, a potem rzucić wszystko i wyjechać w wielką podróż, ale…

W końcu znalazłam TROP

A dokładnie: Szkołę Trenerów Akademii TROP, w której nauczyłam się projektować procesy rozwojowe. Po co? W czasie pandemii COVID-19, zamknięta w czterech ścianach, miałam dużo czasu na przemyślenia. Podjęłam decyzję, że chcę pomagać osobom, które podobnie jak ja wybrały ścieżkę kariery nie znając siebie, zmienić jej trajektorię. Nie chodzi jednak o doradztwo zawodowe, ale o towarzyszenie w zmianie na poziomie mentalnym. Czasem wystarczy kilka drobnych przesunięć akcentów, tzw. job crafting, by znów czerpać satysfakcję z obecnego zajęcia. Ale czasem potrzebna jest głębsza transformacja.

Taka gruntowna zmiana kariery nie jest jednak łatwym krokiem. Dotychczasowe zajęcie często definiuje nas i naszą pozycję przez wiele lat. Łatwo jest powiedzieć: „Jestem architektem”, ale jeśli jest się nim od dawna i się traci ten status, a w zamian jeszcze nie ma nic nowego, to jest ciężko. Trudno też wyjść z sieci starych układów i odczepić lub zaczepić w nowym układzie stare kotwice: zobowiązania finansowe, dzieci, wymagających opieki rodziców, powiązania zawodowo-towarzyskie, czy zwykłe, codzienne przyzwyczajenia. Ja chcę ludziom w tym pomóc i już to robię.

Napisałam też testament

Zrobiłam to kilka lat temu dość spontanicznie. Na zwykłej kartce papieru spisałam swoje życzenia, wpisałam datę, miejsce sporządzenia dokumentu i własnoręcznie podpisałam. Teraz wiem, że zrobiłam dobrze ulegając tej żywiołowej decyzji. Skąd to przekonanie?

Bo być może będzie tak, że dzieci nie będzie, a ja odejdę przed mężem. Pozostawię jednak po sobie jakiś majątek jakieś rzeczy i pamiątki. Chciałabym, aby mąż znał moje życzenie co z tym zrobić. Nasłuchałam się też od znajomej notariuszki przedziwnych historii, jak ludzie potrafią się nawzajem gnębić, aby przejąć choćby najlichszy majątek po zmarłym bliskim lub dalekim. A testament to takie moje ostatnie słowo: „Zróbcie tak i tak, bo ja tak chcę”.



Pewnie jeszcze nie raz zmienię testament

Jednego jednak jestem pewna. Chcę część majątku, który po mnie pozostanie przekazać organizacjom pozarządowym. Nie jestem fanką darowizn emocjonalnych. Ot, nagle wzruszymy się tragicznym losem kogoś, kiepskim stanem czegoś, jakąś dramatyczną sytuacją i wrzucimy do skarbony realnej lub wirtualnej trochę pieniędzy. Nie mówię, że to złe, ale moim zdaniem mniej efektywne, niż stałe, systematyczne, np. comiesięczne wsparcie.

Organizacje społeczne to przecież podmioty prawne, które muszą mieć co miesiąc określone kwoty, aby nie tylko pomagać w wyznaczony przez siebie sposób, ale zwyczajnie funkcjonować: wynajmować biura, podłączać komputery do prądu, czy korzystać z telefonów i Internetu. O wiele łatwiej im to zrobić, jeśli co miesiąc otrzymają jakąś kwotę, choćby była niewielka. Już teraz w ten sposób wspieram kilka organizacji. W testamencie postanowiłam zaś umieścić te, które ratują przyrodę.

Aby uratować życie

„Ciągoty” proekologiczne miałam od małego. Jako dziecko założyłam Klub Przyjaciół Zwierząt. Z przyjaciółką dokarmiałyśmy zwierzaki (głównie sikorki) i ratowałyśmy samosiejki drzew przed kosiarką. Planowałyśmy też protest przeciwko budowie autostrady A2. Dziś nadal potrzebuję kontaktu z naturą i po dziecięcemu zachwycam się pięknem starych buków, których z roku na rok jest coraz mniej. Boli mnie to osobiście, ale jestem też świadoma, że troska o klimat to absolutna konieczność. Mam w sobie nieco mniej naiwności niż dawniej, rozumiem, że jako gatunek potrzebujemy i dróg, i nowych siedlisk do zamieszkania. Ale wierzę, że można spełniać te potrzeby nie dewastując środowiska, a będąc jego częścią. Przyroda sobie bez nas świetnie poradzi, my bez niej raczej nie.

Mieliśmy kiedyś z mężem taki pomysł, aby założyć fundację, która zajęłaby się zalesianiem nieużytków. Okazało się jednak, że takie organizacje już są i działają bardzo profesjonalnie. Nie będziemy więc wyważać otwartych drzwi. Na razie opiekujemy się małym zieleńcem w ogródku na warszawskim Ursynowie. W niedalekiej przyszłości planujemy zadbać o klimat wokół własnego domu. A gdy nas zabraknie, bardzo możliwe, że drzewa na tym kawałku ziemi posadzi jedna z takich organizacji.